Strony

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Ustronie Morskie - jak odczarować miejsce



Kurczę ... napisałam we wstępie, że będzie to blog lokalny, a tu zaraz pojawi się kolejny wpis o miejscu nie związanym z Wałbrzychem. Ale obiecuję (z palcami skrzyżowanymi za plecami, bo nigdy nie wiadomo co się wydarzy), że następny post będzie tematycznie nawiązywał do „mojego miasta”.

24 czerwca to koniec roku szkolnego i biorąc przykład z uczniów, postanowiliśmy z moim partnerem zrobić sobie mini wakacje. Nadarzyła się okazja by na jeden dzień (wiem szaleństwo) pojechać nad morze, więc po pracy, w 5 minut spakowaliśmy walizkę i ruszyliśmy w drogę. Kierunek Ustronie Morskie.
W Ustroniu byłam bardzo dawno temu. Nie wspominam tego pobytu szczególnie ciepło - pierwsza praca małolata i bolesne zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. Lekcja od życia pobrana, rozdział zamknięty.



Podczas podróży rozmyślam czy uda mi się odczarować to miejsce ... I wiecie co kilkanaście lat później nic nie jest takie samo, negatywne wspomnienia nie są tak wyraźne jakby się wydawało. Patrzę i widzę jedynie miejscowość letniskową: morze, piasek, słońce, stragany z pamiątkami i ośrodki wypoczynkowe. Bez problemu rozpoznaję miejsca, w których byłam - amfiteatr jest zdecydowanie mniejszy, albo ja tak urosłam ;) - ale nie jestem przytłoczona wizjami z mojej głowy, kreuję wspomnienia na nowo.


W jeden dzień udało mi się przeżyć wszystko to czego można doświadczyć przez dwa tygodnie nad polskim morzem. A więc po kolei: walka o miejsce do plażowania, czyli lenistwo w najczystszej postaci – nie mogę nadziwić się, że ludziom nie chce się przejść 100m, by mieć trochę przestrzeni dla siebie, wolą narzekać i ściskać się jak sardynki w puszce mimo, że kilka kroków dalej plaża świeci pustkami; palące słońce – krem z filtrem 30 nawet nie pomógł, zimny Bałtyk i mój partner krzyczący na pół wybrzeża, że mu jajka zamarzają ;). Spacer wzdłuż linii morza i bolące stópki; burza i przemoknięcie do suchej nitki; fastfoodowy obiad, zachmurzony zachód słońca (wschód też nie był spektakularny, po 3 rano wyjrzeliśmy przez okno i stwierdziliśmy, że żadna siła nie wykurzy nas z łóżka); piwo w barze i uliczni grajkowie; radosne śpiewy, cymbergaj, molo, no i wisienka na torcie czyli lód z maszyny i gofr. Mimo, że ponad 12 godzin spędziliśmy w samochodzie (w obie strony) to wypad zaliczam do bardzo udanych.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do pozostawienia komentarza. Będzie mi niezwykle miło:)